Waiting for the Sun


Dziś była burza! Moja pierwsza burza w Egipcie. Nie wiosenna, tylko jesienna, bo tutaj sezon burzowy, to sezon jesienny, a zwłaszcza zimowy. Siedzimy sobie rano przy śniadaniu z Magdą… OK. Może zacznę od małego update’a, bo w naszym mieszkaniu spore zmiany! Dawno nie pisałam, wiem. Postaram się nadrobić zaległości.

No, to jedziemy: Na początku września wyprowadziła się Laurence (pamiętacie Laurence, Kanadyjkę z Quebecu, która przyjechała do Alex przeprowadzać wywiady z salafitami do pracy magisterkiej?). Była u nas tylko latem, bo na co dzień studiuje w Oxfordzie. Na jej miejsce wprowadziła się przejściowo Maia, nowa pracownica Fundacji Anny Lindh (pracuje w mojej firmie, ale w innym biurze, w Bibliotece, w Executive Office, czyli blisko Dyrektora). Maia jest pół-Włoszką, pół-Dunką, która większość życia spędziła w Szwecji, dokąd wyemigrowali jej rodzice. Przez przyjazdem do Alex mieszkała w Jordanii (chyba 8 miesięcy) oraz w Kairze. Miała być u nas 3 tygodnie, ostatecznie została na cztery, pod koniec na kanapie. Bardzo fajna dziewczyna. Od wczoraj mieszka z egipską host family, bo bardzo zależy jej na tym, żeby nauczyć się arabskiego. Trzymamy za nią kciuki J Mieszkanie w egipską rodziną ma swoje plusy i minusy, i na pewno nie jest dla każdego. Są dla niej mili, opiekują się nią, pomagają, gotują, rozmawiają po arabsku… Z drugiej strony ma curfiew, musi być w domu najpóźniej ok. 23, no i takie tam. Na razie jest szczęśliwa i podekscytowana, ale większość rzeczy zostawiła u nas, bo „to okres próbny” i chyba jednak czuje się pewniej jedną nogą u nas ;)
Tymczasem tydzień temu wprowadziła się Ingrid, Francuska, która pracuje w Art Center w Bibliotece w ramach European Volunteer Service. Mówią, że to wolontariat, ale niezupełnie, bo trochę im jednak płacą. Francuzi mówią, że na to słowo po francusku nie ma odpowiednika w angielskim. Nie wiem, ile im tam płacą, ale na pewno na mieszkanie starcza i chyba na życie też. Charlotte zaczęła od tego programu, tylko że w ALF i teraz u nas pracuje na etacie.
A dwa dni temu Ahmed zapowiedział, że za miesiąc się wyprowadza. Będzie mieszkał z Reo, swoim japońskim kolegą, który nie mówi słowa po angielsku. Chłopaki rozmawiają ze sobą w fusha, czyli klasycznym arabskim J Nieźle, co? Pytaliśmy Ahmeda z Simon, dlaczego postanowił się wyprowadzić. A on na to tylko „już zdecydowałem”. No, więc, wychodzi na to, że będziemy musieli znaleźć nowego współlokatora na miejsce Ahmeda. Smutno, że się wyprowadza, ale co robić. Najwyraźniej ma swoje powody. Będą mieszkali blisko – w okolicy Mahatet Misr, czyli dworca kolejowego, który jest 5 minut od naszego domu.

Magda Madgy to Egipcjanka (imię Magda jest tutaj bardzo popularne; wychodzi na to, ze to takie międzynarodowe imię, podobnie jak Maia – znam różnie pisane „Maje” z Polski, Gruzji i Egiptu), która przyjaźniła się z Laurence. Pomagała jej przy tych jej wywiadach z salafitami, głównie jako tłumacz. Zżyły się. Laurence wyjechała, ale my się z Magdą wciąż przyjaźnimy, no i pomagamy jej, kiedy tego potrzebuje. Bardzo źle jej się układa z rodziną, szuka pracy (to w Kairze, to w Alex), dorabia jako freelance tłumacz, no i sypia na naszej kanapie od czasu do czasu.


Więc siedzimy sobie dziś rano przy śniadaniu z Magdą (ja się, oczywiście spóźniam do pracy) i słyszymy grzmot. Patrzymy, niebo zachmurzone, ale przecież to Egipt… Burza? Nie… Wchodzi Ingrid, patrzy na to niebo… Nic, na pewno wiatr przewieje chmury… Znowu grzmot… Aż tu nagle – błyskawica! Wyleciałyśmy na balkon (Ingrid się boi błyskawic, a ja z uśmiechem od ucha do ucha), patrzymy w to niebo… zaczyna kropić. To był taki deszcz, jakby ktoś wyżynał mokrą szmatę… Bardzo rzadkie, grube, ciężkie krople, która padają daleko od siebie… Trochę jak w Matrixie (pamiętacie? Oglądałam kiedyś dokument o tym, jak sztab ludzi pracował nad tym, żeby w filmie padał rzadki deszcz z długimi kroplami; no, te nie były długie, raczej tłuste… ciężkie takie). Stoimy na tym balkonie – znowu błyskawica! Na balkonie obok pojawia się Ahmed, wyraźnie obudzony przez burzę i jeszcze kompletnie zaspany. Na kolejnym balkonie pojawiają się sąsiedzi – na oko ojciec i syn (pierwszy raz ich widziałam!). Stoimy tak na tych balkonach i patrzymy na burzową Alex. Po chwili trochę się ten deszcz zagęścił, ulice zrobiły się mokre, ale zanim wyruszyłam do pracy, już przestało padać. Cały dzień pogrzmiewa. W biurze obok, tzw. SIDA, czyli trzecim biurze ALF w mieszkaniu w budynku obok, kompletnie siadł prąd, a u nas szaleje Internet. Zdaje się, że muszę kupić parasol i kalosze!

Komentarze